Karnawałowe zimowe bieganko

nablogowe
Znów cały długi sezon rozpoczynam występem w Biegu Karnawałowym. I znów uważam, że był to strzał w dziesiątkę, bo to impreza godnie rozpoczynająca drugi rok startów.

Dokładnie pamiętam mój udział w pierwszym edycji tej imprezy, przed rokiem. Jeden z błędów przepłaciłem poważnymi problemami zdrowotnymi – ubrałem się zbyt ciepło, a gdy mniej więcej w połowie trasy ściągnąłem szalik, przewiało mnie, a przeziębienie trzymało się dobry miesiąc. Niemniej ta duma z ukończenia dziesięciu kilometrów – bezcenna. Dla mnie wówczas było to coś. Co z tego, że za chwilę miałem ukończyć dziesięć półmaratonów i maraton. Tamtego dnia karnawałowa dycha była moim ultra-maratonem.

Rok później, gdy w bagażu doświadczeń zawarły się wspomniany już debiut w maratonie, zdobycie pełnej Korony Półmaratonów i debiut zagraniczny, Bieg Karnawałowy stał się obowiązkową pozycją w moim kalendarzu startów. A żeby trochę urozmaicić swój start, postanowiłem się przebrać. Nie oryginalnie, nie jakoś specjalnie twórczo, ale nawiązując do swojej przeszłości, przywdziałem strój kelnera. Jeszcze tuż przed startem dopinając wszystko na ostatni guzik (haha, dosłownie ostatni! 😉 ) zastanawiałem się czy to dobry pomysł. Kilkadziesiąt sekund później nie miałem już wątpliwości.

leszek-grygiel
fot. Leszek Grygiel
Wyłączam fałszywą skromność – takiej furory, jak na sobotnim biegu, nie zrobiłem jeszcze nigdy, ani biegając, ani pracując w restauracji. Ciepłe słowa jeszcze przed startem, wywiad w mediach (znowu! 🙂 ), szerokie uśmiechy ludzi na trasie, mnóstwo osób składających zamówienia i wołających „Patrzcie! Kelner!”. Nawiązując kontakt z przeróżnymi osobami w trakcie biegu w trudnych warunkach (bo się biegało i po śniegu i po lodzie, a też kawałek po wodzie), poczułem się jak w Grodzisku Wielkopolskim, gdzie życzliwość dla biegaczy jest wyjątkowa. Z uśmiechem mogłem pokonywać kolejne kilometry, choć fartuch i krawat nieco przeszkadzały. Ale nie narzekałem i nie awanturowałem się, bo jak powszechnie wiadomo, biegacz w krawacie jest mniej awanturujący się 😉

Pomyślałem w trakcie biegu, że fajnie byłoby się zmieścić w godzinie. Patrząc realnie na czas, szanse na to były marne, choć do końca wierzyłem. W samej końcówce widząc jeszcze matematyczne szanse stwierdziłem, że nie ma co szaleć i trzeba odpuścić, żeby sobie jakiejś krzywdy przypadkiem nie zrobić. Elegancko wbiegam na metę, szybki rzut oka na czas i… Nie do wiary – 59 minut, 59 sekund i 91 setnych. I jak tu się nie cieszyć? 🙂

16402691_407898052890312_6492624524146316685_o
O organizacji nie ma co pisać, bo Stowarzyszenie Pro-Run wskoczyło na pewien – skądinąd bardzo wysoki – poziom i poniżej nie schodzi. Nie inaczej było tym razem. A czy było ciężko w tym stroju? Absolutnie, zdarzały się zmiany, kiedy w restauracji pokonywałem dystanse dłuższe niż 10 kilometrów, miałem już wprawę 😉

Rok biegowy rozpoczęty miło, fajnie i sympatycznie, a kolejny start najpewniej już na obczyźnie – 12 marca w półmaratonie w Londynie.

Hej! A wiesz, że Wolne Bieganie jest na Facebooku? 🙂 Kliknij, wpadnij, zobacz, polub, skomentuj, udostępnij, wypij zdrowie – nie pożałujesz! 🙂
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s